Mam na imię Kasia, urodziłam się w 1983 r… dość dawno temu. Jako mała dziewczynka uwielbiałam przebywać u mojej cioci Doroty, do niej często przychodziła Lucynka – przyszywana ciocia. One ciągle gotowały, piekły,  eksperymentowały w kuchni… A ja taka mała siedziałam grzecznie na krzesełku i obserwowałam, później nieco pomagałam. Czułam się wtedy taka potrzebna… Ciocia Lucynka wraz ze swoją mamusią (tak zawsze o niej mówiła) piekły przepiękne torty i siedząc u nich w kuchni na taboreciku obserwowałam te białe cuda przewiązane kokardką…

Jak nieco urosłam i mamy nie było w domu zawsze wybierałam potrzebne składniki i „piekłam”… niestety zazwyczaj moje „wypieki” lądowały w śmietniku (żeby mama nie widziała). Ale skąd mogłam wiedzieć, że wszystko trzeba ubić po kolei???
Mąż zaraził mnie miłością do podróżowania… I tak się jakoś stało, że w nowych miejscach zaczęłam sobie „kodować” nowe smaki i potem odtwarzać je w domu. I tak w Turcji spróbowałam bakłażana, przepyszny, lekki (kiedyś dla mnie niejadalny). We Włoszech, w przepięknej Toskanii, niejaki Fabio (najlepszy kucharz, jakiego widziałam przy pracy) – zaserwował nam tagliatelle z truflami i półkrwisty stek wołowy podany na rukoli, obłożony plastrami parmezanu… Jakież to było pyszne!
Na szczęście udało mi się te dania odtworzyć. Tylko moje tagliatelle niestety nie ma trufli a nasze zwykłe, najpiękniej na świecie pachnące prawdziwki.
Zapomniałabym wspomnieć o bruschetcie przyrządzonej przez miłego starszego pana w Montepulciano. Wielka, grubaśna pajda świeżutkiego chleba, oblana oliwą z oliwek z dwoma grubymi plastrami aromatycznych pomidorów i bazylią… Niby nic takiego, a jednak do dziś czuję ten smak.
Kilka lat temu w Walentynki wybraliśmy do greckiej restauracji i tam kelner zaproponował nam zupę cytrynową z kurczakiem – brzmiało to dość dziwacznie, więc się zdecydowaliśmy. Po skosztowaniu zaczęliśmy ją rozkładać na czynniki pierwsze. Kurczak, cytryna, makaron ryżowy, natka pietruszki i …??? W życiu bym nie wpadła na to, że zupę można zabielić jajkami… I od tej pory Avgolemono – bo tak się nazywa ta zupa, regularnie gości w naszym domowym menu.
Aktualnie jako żona wiecznie głodnego męża, mama Olka – mojego największego krytyka kulinarnego i cichego podjadacza lukru plastycznego oraz Walentynki – niezastąpionej pomocy w dosypywaniu mąki do ciasta, uwielbiam spędzać czas w kuchni tworząc dania (często według własnych pomysłów) z aktualnej zawartości lodówki.
W wolnych zaś chwilach lepię kolejne figurki koparek, śmieciaków czy bohaterów gier komputerowych a później obserwuję zaskoczone miny dzieciaków na widok tortu…